• Wpisów:534
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:67 dni temu
  • Licznik odwiedzin:13 481 / 2864 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Chciałabym tu napisać, jak spędziłam święta.
Uważam mianowicie, że bardzo dobrze.
W wigilię byłyśmy z babcią u mamy i jej męża - Sławka w domu.
Oprócz mnie i babci były również dzieci Sławka.
Powiem tyle, że na pewno się najadłam - był barszczyk na zakwasie z pierogami z kapustą i z grzybami (ja zjadłam jednego), były 2 sałatki - śledziowa i warzywna, karp w galarecie, łosoś pieczony 3 rodzaje ciast i beza z bitą śmietaną i z owocami.
Nie przejadłam się w te święta i jestem z siebie dumna i w ogóle nieźle zniosłam te wszystkie potrawy w wigilie. Fakt, że na śniadanie piłam kakao kuloodporne .
Wracając jeszcze do wigilii, dostałam też fajne prezenty - ciepły szlafroczek, ciepłe skarpetki i czapkę.
Myślę też, że wszyscy inni również byli zadowoleni z prezentów.
Atmosfera była w ogóle super, bo w tle całej kolacji leciały kolędy w telewizji mimo, że babcia chciała info oglądać, ale ja powiedziałam, że nie będę się koronawirusem stresować, bo są święta i były kolędy w rezultacie.
Na drugi dzień też byłyśmy u mamy na obiedzie, a w ostatni dzień świąt mama była u nas w domu.
Podsumowując - udały się święta w tym roku, zarówno pod względem jedzeniowym, jak i rodzinnym.
  • awatar Gość: O, super, że święta miałaś udane. A jak spędziłaś sylwestra i czy masz jakieś postanowienia noworoczne?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jak w tytule - pojawiłam się na tym blogu .
Znowu dużo się działo, ale nie chcę w tej chwili tu zaglądać, żeby zobaczyć, kiedy ostatnio pisałam.
 

 
Nawet się nie obejrzałam, a już tyle czasu minęło od ostatniego wpisu, który zrobiłam na tym blogu - aż 55 dni.
Aż jestem w szoku...
Było mi jednak nie po drodze z pisaniem, gdyż, albo mi się zwyczajnie nie chciało, albo po prostu - nie było na to czasu, bo tyle ostatnio u mnie się dzieje .
Jestem jednak wolnym człowiekiem i przecież zawsze mam wybór - mogę pisać lub nie, mogę nawet w ogóle skasować tego bloga, jeśli tylko wyrażę takie życzenie .
W ogóle nie warto być niewolnikiem żadnej rzeczy, a przecież my właśnie jesteśmy niewolnikami np. mediów, internetu, komputera, telefonu, modnych ciuchów, konsumpcjonizmu w ogóle.
Jesteśmy również niewolnikami pracy, pieniędzy.
Mogłabym w nieskończoność wymieniać, ale to nie o to chodzi.
Chodzi mianowicie o to, że my tak naprawdę nic nie musimy robić, ale sami sobie narzuciliśmy taki system, sami go stworzyliśmy lub sami przyzwoliliśmy na to, by życie nasze stało się więzieniem.
Ja jednak postanawiam pisać jednak dalej.
  • awatar Gość: Ehhh, łatwo ci się mówi, że nie warto być niewolnikiem, bo siedzisz sobie w domu z babcią i nie musisz pracować. Podstawowe dobra masz więc zapewnione, a osoby w twoim wieku muszą na nie zarabiać 8H dziennie.
  • awatar Gość: Tak jak napisałaś decyzja o pisaniu bloga należy do ciebie, jednak osobiście jestem ciekawa co u ciebie się działo.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nie chciałam tam iść, bo wiedziałam, że się do tego nie nadaję zdrowotnie i się tam nie zalogowałam.
Pan profesor jednak tak mnie namawiał, że poszłam w drugim naborze.
Egzamin poszedł mi bardzo dobrze - to taka czysta formalność, m.in. sprawdzanie słuchu (miałam powtórzyć dźwięki, zagrane przez osobę egzaminującą), zaśpiewanie jakiejś piosenki, ewentualnie zagranie jakiegoś utworu na fortepianie, jeśli ktoś potrafił.
Zagrałam preludium deszczowe Chopina.
Powiem tyle, że ci, co podchodzili do tego egzaminu, w ogóle sobie to zlewali.
Ci, co umieli grać, to robili to tak chaotycznie, że ja po prostu nie wierzyłam, a ja tak się denerwowałam..
W ogóle bardzo mnie chwalili po tym egzaminie, że wreszcie usłyszeli normalną muzykę (chodziło o granie oczywiście).
No i dostałam się tam.
Moja nauka miała wyglądać w ten sposób, że raz w miesiącu miałam jeździć tam na zajęcia. Miałam dostawać maile z materiałami do zajęć.
Nic z tego nie wyszło, bo nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia.
W październiku tam pojechałam i nawet nie poszłam na zajęcia, bo jazda tak mnie wymęczyła.
Przez pół roku byłam jednak tam zapisana i pobierałam stypedium.
Powiem, że było mi bardzo głupio z tego tytułu.
Co zaś tyczy się maili, to tylko dwie wykładowczynie podsyłały mi materiały, a reszta chyba nie miała czasu, więc i tak byłoby strasznie trudno nawet, jak byłabym zdrowa.
I tak zakończyła się moja ,przygoda" ze studiowaniem, bo po pół roku po prostu zrezygnowałam.
  • awatar Gość: Pisz dalej. Zainteresowała mnie twoja historia. Jaki to był kierunek studiów?
  • awatar Gość: ty ty to się chwalisz czy żalisz?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Chciałabym tu o tym napisać, bo jest to według mnie bardzo miłe wspomnienie i warte opisania.
Oczywiście był to ślub cywilny.
Na tym ślubie śpiewałam "Ave Maria" Schuberta, bo mama sobie tego zażyczyła .
Pierwotnie miałam jeszcze śpiewać piosenkę Michała Bajora "Taka miłość w sam raz idealna", ale okazało się, że jest to dla mnie za duży wysiłek.
I jeszcze sobie przypomniałam, że przecież śpiewałam "Halleluyah" Leonarda Cohena po polsku .
Chciałam też zaśpiewać "Walc Barbary" z "Nocy i dni", ale mama się nie zgodziła, bo to podobno przynosi pecha w małżeństwie .
Na tydzień przed tym wydarzeniem miałam "próby" z synem pani Lidii, z którą miałam cały czas do czynienia od początku swojej edukacji muzycznej.
On był wtedy po pierwszym roku studiów na akademii muzycznej na kierunku fortepianu z pedagogiką.

Zarówno ja, jak i on, musieliśmy nauczyć się tych piosenek - ja mu grałam funkcje harmoniczne (akordy), a on zrobił potem aranżacje. Ave Maria oczywiście grał z nut.
Samo śpiewanie według mnie wyszło tak sobie.
Nie chodzi o to, że brzydko zaśpiewałam, ale bardziej o to, że nie było mnie słychać i również o to, że bardzo źle mi się śpiewało, bo wcześniej w tej sali, gdzie odbywał się ślub, było pryskane Mister Masylem, a ja na ten płyn źle reaguję i miałam problemy z oddychaniem.
Po śpiewaniu czułam się tak, jakby mnie przepuszczono przez maszynkę .
Jeśli chodzi o sam ślub, to było super, bo później było organizowane wesele, a tam już bawiłam się świetnie.
Co innego, że potem to odchorowałam, ale to nieważne
Mimo wszystko uważam, że było ekstra i to nie jest tylko moje zdanie.
Najlepsze było to, że tam miałam też mo
 

 
Poszło mi wtedy bardzo dobrze, ale, co wcześniej się nadenerwowałam...
Powód był jeden - źle się czułam, a to jest zawsze taka złośliwość losu, że człowiek akurat wtedy się źle czuje, jak ma coś zrobić.
Ostatnie lekcje u profesora Mizery (zdecydowałam się wymienić jego nazwisko, bo, jak wsadzę filmik z dyplomu, to tam będzie ono wspomniane), były nie za bardzo udane.
Sam profesor chyba się też denerwował, bo w dniu koncertu powiedział, że chyba nie przyjedzie, bo go bardzo boli głowa.
Przyjechał w rezultacie, bo łyknął 2 ibupromy i mu przeszło.
Przed dyplomem pan profesor zasugerował, że, jeśli jest taka możliwość,to żebym sobie poćwiczyła na tym fortepianie, na którym grałam, co zresztą zrobiłam.
Denerwowałam się też dlatego, że na koncert mieli przyjść moi znajomi, a właśnie wśród znajomych człowiek najbardziej boi się skompromitować.
Już lepiej byłoby obcym grać.
Nadszedł dzień koncertu.
Pamiętam, że rano zjadłam gofry z dżemem i wypiłan kawę doktora Jacobsa, bo wtedy wiedziałam, że, jak zjem coś ,cięższego", to mi może granie nie pójść (właśnie przed egzaminem z form bardzo dużo zjadłam i to był powód złego myślenia i złej oceny).
Mama chciała zabrać mnie do fryzjera, ale odstąpiła od tego zamiaru, bo babcia wsiadła na nią, że zgłupiała, żeby mnie jeszcze ciągać po fryzjerach i denerwować. Miała rację.
Nadeszła godzina koncertu - 17.00.
Byłam zdenerwowana, ale skupiona.
Myślałam tylko o tym pięknym fortepianie, na którym gram, bo on naprawdę miał przepiękny dźwięk.
Grałam następujący program:
1. Preludium i fugę C-mol Johana Sebastiana Bacha ze zbioru das Voltemperierte Clavier z tomu 1.
2. Etiudę F-mol F. Chopina bez opusu.
3. Etiudę G-mol Maurycego Moszkowskiego.
4. Sonatę C-mol patetyczną Beethovena - 2. i 3. część.
5. Deszczowe preludium F. Chopina
6. Arabeskę E-dur Claude Debussy'ego.
Koncert trwał prawie godzinę.
Najbardziej bałam się etiudy Moszkowskiego i po niej zrobiłam przerwę, bo poczułam się zmęczona.
Miałam taką możliwość. Nawet profesor przed koncertem mi powiedział, żebym wstała, jeśli będę chciała przerwać grę.
Poczułam wielką ulgę, gdy skończyłam, ale, niestety, ,nie wiedziałam, jak się nazywam".
Jak ludzie mi gratulowali, to byłam, jak półprzytomna, nawet to do mnie nie docierało.
Chciałam iść do domu.
Dopiero na drugi dzień doszło do mnie, że zdałam i to bardzo dobrze.
 

 
Jakieś 3 dni wcześniej mój braciszek (był wtedy na studiach), znalazł koty, które żyły w bardzo złych warunkach - była to kotka z kociętami.
Niestety nie pamiętam, w jakich okolicznościach to się stało.
Pamiętam tylko to, że te kotki, pomimo upału, nie miały nic do jedzenia, ani do picia i, że w ogóle na tej posesji warunki ich bytowaniaa były tragiczne.
Mój brat wezwał policję i wiem, że tam w ogóle była cała draka o te koty.
Skończyło się tak, że brat zabrał jedno z tych kociąt, które było najsłabsze - właśnie Hrupka (Hrupek pisane jest tu przez samo h, bo Tomaszkowi się nie chciało napisać normalnie).
Hrupcio był kotem w najgorszym stanie - umierał bratu na rękach, ale udało się go uratować.
Przywiózł go do nas do Płocka, bo rzecz działa się w okolicach Warszawy.
To był fajny, słodki kociak, bez jednego oka, bo stracił je w wyniku kociego kataru.
Hrupcio był u nas prawie 3 lata.
To był fajny czas.
Ten kot pomagał mi dużo w trakcie choroby, rozweselał mnie.
Jego ulubioną ,zabawą" było gryzienie mamy i babci po nogach.
Ja mu nie pozwalałam - jak zaczynał mnie gryźć, to przestawałam poświęcać mu uwagę i się z nim bawić.
Lubił też drapać fotel u nas w dużym pokoju i meble.
Często też, kiedy leżał u mnie na łóżku albo, na czymś, co należało do mnie (piżama, koc itp", lubił się ,mościć".
Robił to też bezpośrednio na mnie - ugnsatał mi łapkami klatkę piersiową i mruczał .
Lubił słuchać, jak grałam na pianinie, a zwłaszcza Chopina.
A jak bronił domu?... Nie pozwalał Sławkowi siadać na fotel w dużym pokoju.
$,bawił" się" z nim, rzucając się na niego i go gryzł . Mówię, że się bawił, bo, jak Sławek się nim nie interesował, to on specjalnie go zaczepibł, żeby mieć powód do gryzienia go .
Nie lubił mieć obcinanych pazurków - wtedy się rzucał i warczał na mamę.
W ogóle ten kot bardzo mnie uspokajał, dobrze na mnie działał, jak się źle czułam.
Bardzo byłam do niego przywiązana.
Aż w końcu, w r. 2018, dokładnie 12 maja, kotkowi zaczęło coś być, bo zaczął dziwnie się zachowywać - bardzo miauczał, a potem, w nocy z soboty na niedzielę zaczął robić pod siebie, wymiotował i ogólnie widać było, że cierpiał.
Mama ze Sławkiem w niedzielę pojechali z nim do wńterynarza, dostał kroplówkę, po której było lepiej. W ogóle myśleliśmy, że to problemy z pęcherzem, bo wcześniej miał taką sytuację.
W poniedziałek mama znowu pojechała z nim do weterynarza, bo rano zaczął wymiotować i się dusić.
Po zrobieniu USG brzuszka okazało się, że k+t ma przepuklinę przeponową.
Mama ze Sławkiem zadzwonili do mnie, jaka jest sytuacja i, właściwie postawili mnie przed faktem dokonanym - niby spytali, czy zgadzam się, żeby go uśpić, czy operować, ale zrobili to w taki sposób, że ja wreszcie uległam i zgodziłam się na uśpienie.
Jeszcze przez telefon słyszałam, jak on miauczał .
Ja w ogóle chciałam pomóc temu kotu w taki sposób, żeby podłączyć go do quanteca, żeby go wspomóc do tej operacji, żeby dożył, bo operacja miałaby się odbyć w Warszawie, ale okoliczności złożyły się tak, że niestety był uśpiony.
Długo obwiniałam się za to, że byłam tak mało asertywna.
Sama korzystam ze wspomagania quantekiem u siebie, a słyszałam wtedy, że zwierzęta lepiej na niego reagują, niż my, no, ale, widocznie tak musiało być, bo babcia by teraz tego kota nie ogarnęła, ani też ja, ale wtedy było to dla mnie straszne tym bardziej, że wiedziałam, że można mu było spróbować pomóc.
To było jeszcze dla mnie straszne z jednego powodu - że ten kot, jak go usypiali, patrzył na mamę z wyrzutem, nie chciał odchodzić, a ja to czułam, a on wręcz prosił o pomoc.
I wtedy to właśnie pogorszyło mi się ze zdrowiem w wyniku stresu, ale o tym później.
I to tyle w tym temacie.
Myślę jednak, że i tak ten kot doznał od nas dużo miłości i, być może, po to właśnie przyszedł na świat, żeby go ktoś pokochał, a zaznawszy miłości - odszedł z tego świata.
 

 
Pojechałam do Gdańska z mamą i z babcią i z mamy partnerem, obecnie już mężem - Sławkiem.
Spędziliśmy tam bodajże tydzień czasu.
Oczywiście do Gdańska zabraliśmy ozonator, który zakupiłam w internecie .
Przez te parę dni było po prostu super, bo chodziłam z mamusią i ze Sławkiem na plażę, dużo spacerowałam, zwłaszcza ze Sławkiem, bo to on jest z tych, co lubią chodzić, a mama z tych leniwych, co lubią siedzieć na tyłku .
Tam poprawiła mi się kondycja, dlatego mile to wspominam, bo miałam siłę spacerować i sprawiało mi to przyjemność.
Poza tym, kiedy chodziliśmy z mamusią i ze Sławkiem na plażę, spotykaliśmy się też z mamusi znajomymi, którzy też tam przyjeżdżali, więc ogólnie było bardzo wesoło.
Uwielbiam takie chwile, kiedy mogę cieszyć się pięknem przyrody i spacerować, i słuchać różnych odgłosów otoczenia, wdychać różne zapachy i, zwyczajnie... być...
Minus był taki, że niestety babcia nie była wtedy na plaży, bo siedziała w domu u rodziny i gotowała mi różne rzeczy do jedzenia , no i ozonowała.
Siedzenie tam nie należało do przyjemności, bo w tym domu jest straszny bałagan, brudno i nie był jeszcze wtedy remontowany od czasów wczesnej komuny /.
No ale - nie można mieć wszystkiego .
Tak, czy inaczej, jest to jedno z moich miłych wspomnień tamtego okresu - 2015 rok - koniec lipca.
 

 
Aż się sama dziwię, ale niestety tak było - ponad 2 tygodnie nie pisałam, ale nadrabiam teraz zaległości.
 

 
Są to bardzo dobre leki, ale trzeba wiedzieć, w jakiej kolejności odtruwać i podczas terapii trzeba obserwować swój organizm, żeby, w razie czego, odpowiednio się wspomagać albo zmodyfikować dawkowanie.
Niekoniecznie trzeba brać 2x po 10 kropli, tak, jak tam pisze.
Poza tym leki trzeba tak dobierać, żeby one razem wspomagały swoje działanie.
Dużo na ten temat wiem właśnie z własnego doświadczenia.
Nie trzeba ich też brać codziennie.
Wygląda to tak, że, jedne nawet trzeba brać codziennie, ale można brać np. 2x w tygodniu, chociaż producent pisze, że codzienne branie gwarantuje poprawne ich działanie.
Miałam też taką sytuację, że doktor w Płocku kazał mi je brać przez 3 dni 4x dziennie, potem znowu przez 3 dni 3x gdziennie, a potem już 2x dziennie po 10 kropli, więc rozpiętość dawkowania i częstotliwości brania tych preparatów jest różna.
Trzeba też znać dobrze działanie meridianów i trzeba dobrze się obserwować na tej podstawie, żeby wiedzieć, co dalej robić, żeby nie zrobić sobie krzywdy, bo, jak zaczyna się detoksykację, to co i rusz coś nowego się odkrywa, bo organizm lubi ,ukrywać" swoje toksyny.
Jednym słowem - stała uważność i kontrola.
Tyczy się to szczególnie osób poważnie chorych.
Uważam jednak, że preparaty te, umiejętnie stosowane i w połączeniu z dietąi odpowiednią suplementacją, mogą bardzo dużo dobrego zrobić.
 

 
Miałam wizytę, o ile pamiętam, o godz 10.00.
Byłam badana aparatem salvia. To badanie trwało 40 min.
Na badaniu wtedy wyszły mi obciążenia metalami ciężkimi i, jak mi pani doktor powiedziała, alergia na metale zawarte w pożywieniu, ogniska borelii w płucach, niska odporność, spowodowana przez borelię, borelia była również w tkance glejowej i dale nie pamiętam, co mi jeszcze wyszło.
Wiem, że pani doktor wszystkiego mi wtedy nie powiedziała, bo to fizycznie niemożliwe , ale powinna dać mi wtedy wydruk z badania, bo później, jak dowiedziałam się, że salvia jest u nas w Płocku, to tam właśnie taki wydruk zawsze dostawałam.
Jeździłam tam coś tak ze 2 lata, ale z perspektywy czasu wiem, że ta lekarka w ogóle źle zaczęła odtruwanie, bo powinna zacząć od jelit i wątroby, a nie od borelii, od odtruwania układu nerwowego itd.
W ogóle większość terapii to były na emocje, czy odtruwanie układu nerwowego i, oczywiście, nic to nie dało na dłuższą metę, ale o tym, jak to się stało, że zrezygnowałam z terapii, napiszę później.
 

 
Oczywiście potem nie obyło się bez przeszkód - chudłam i przybywałam na wadze na przemian, były okresy, że czułam się wyczerpana. Źle też reagowałam na wszystkie pokarmy, które jadłam (zgagi, bóle brzucha, zaparcia).
w tym czasie tak, jak mówiłam, trochę ratowały mnie kroplówki. Po nich też przechodziły mi dolegliwości gastryczne.
Doszłam do wniosku, że mogę reagować źle na chemię w pożywieniu i zaczęłam szukać metod, oczyszczania żywności z pestycydów.
Najlepszą z nich wydawał mi się ozonator, więc kupiłam go na allegro i to, jak się później okazało, pozwoliło mi przetrwać te najgorsze chwile, bo, rzeczywiście okazało się, że reagowałam źle na chemię, bo po ozonowaniu jedzenia było trochę lepiej, ale nie poprawiło się na tyle, żebym mogła funkcjonować.
Cały czas szukałam w internecie różnych, naturalnych metod leczenia.
Nie wiem, jak to się stało, że trafiłam na metodę detoksykacji doktora Jonasza i preparaty Joalis.
Ściągnęłam sobie książkę z internetu o tej metodzie i zaczęłam czytać o tej metodzie - o zatruciach konkretnych obiegów czynnościowych organizmu, o ogniskach bakteryjnych, wirusowych, grzybiczych, emocjonalnych i toksycznych substancjach chemicznych, które nas zatruwają i powodują zaburzenia nietylko na poziomie fizycznym, ale i emocjonalnym w zależności, w jakim obiegu czynnościowym narządów się znajdują.
Bardzo mnie to wtedy zainteresowało, bo to było nieco inne myślenie niż to, z którym się do tej pory zetknęłam.
Jednak dopiero dzisiaj w pełni rozumiem, o co tutaj chodzi.
Powiem tyle, że, jak czytałam tą książkę, to wydawało mi się, że mam wszystkie możliwe toksyny i to w całym organizmie, ale zaraz potem pomyślałam sobie, że to przecież niemożliwe.
Dziś jednak wiem, że to jest prawda, ale dopiero od niedawna mam tę świadomość.
Znalazłam więc numer do Gdańska, gdzie tą metodą leczono, porozmawiałam o tym z mamą i z babcią i potem, chyba w lipcu, pojechaliśmy tam na wizytę.
Nie było problemu, bo mam rodzinę w Gdańsku.
Wtedy, kiedy miałam wizytę, był 2015 rok.
 

 
Mam problem, a raczej wewnętrzny konflikt ze swoimi zasadami.
Chodzi mianowicie o to, że byłam dzisiaj z babcią na spacerze i w naszej okolicy odbywała się akcja charytatywna, która dotyczyła pomocy 3-miesięcznej Zosi, która cierpi na SMA (rdzeniowy zanik mięśni) i był organizowany kiermasz ciast, celem zebrania pieniędzy na terapię genową dla niej.
I tu zaczyna się problem.
Wiadomo, że wszyscy w takiej sytuacji chcą pomóc, każdy coś daje.
Wiem, że to jest choroba genetyczna, że jest to choroba niestety śmiertelna, jeżeli szybko postępuje.
I tu jest problem, bo ja nie zgadzam się z tą terapią i zaraz powiem, dlaczego.
Po pierwsze - jest strasznie droga, bo kosztuje 9 milionów, ale to nie jest najgorsze, bo, żeby to miało pomóc, to 9 milionów złotych nie byłoby problemem.
Po drugie - i tu dochodzimy do sedna, jest to terapia działająca na poziomie genetycznym, modyfikująca geny w taki sposób, żeby produkowały więcej białka, którego nazwy nie pamiętam, ale wiem, że chamuje to rozwój tej choroby. Każda jednak modyfikacja genetyczna w dalszej perspektywie może się zemścić i co wtedy?... Nie musi to być w pokoleniu tego dziecka. Mogą się ujawnić inne choroby dopiero w trzecim pokoleniu.
Teraz przeczytałam, że ten lek to jakiś wirus, który się podaje do rdzenia kręgowego, że jest ryzyko uszkodzenia wątroby.
Jestem przeciwna tak ryzykownym terapią, dlatego też z zasady nie daję pieniędzy na coś takiego.
Pomagam komu innemu - daję zawsze pieniądze na fundację ,Polacy dla Polaków" Jerzego Zięby, żeby pomagać dzieciom z padaczką lekooporną, które są zostawione same sobie przez lekarzy, a tak to mają możliwości leczenia marihuaną medyczną. i jest to skuteczne i, praktycznie, bez żadnego większego ryzyka.
Poza tym na pewno istnieją bezpieczniejsze metody - przykładem mogą tu być dzieci z zespołem Downa, których leczono dietą, dzięki czemu ich wyraz twarzy poprawiał się i zaczęły lepiej funkcjonować, a jest to choroba nieuleczalna i tak, jak mawia moja babcia - w przyrodzie jest równawaga - 50 procent rzeczy szkodzi, a 50 procent - to leki.
Gdybym jednak miała świadomość tych rodziców, to chyba bym wybrała terapię genową, bo kiedyś tak mi się wydawało, że takie choroby wymagają drogiego leczenia.
W dodatku - coś za dużo ostatnio tych SMA, bo i w telewizji masę dzieciaków z tym jest, a to może świadczyć o tym, że szczepienia tę chorobę wywołują.
Ja złodziejstwa nie będę popierała /. Nie będę tolerować nieuczciwości, żerowania na cudzym nieszczęściu /. .
I to jest mój problem, bo czuję się trochę winna...
Ale w sumie nie mam czego, bo to jest moje osobiste zdanie i mam do tego pełne prawo.
 

 
I znowu miałam nie pisać, ale śniły mi się tak ciekawe rzeczy, że grzechem byłoby ich nie opisywać.
Otóż śniło mi się, że, jako dorosła już osoba, byłam w prywatnej szkole muzycznej I. stopnia, do której w rzeczywistości uczęszczałam.
Szkoła mieściła się w paru salach pewnego przedszkola.
I w tym śnie właśnie tam byłam i obserwowałam lekcję fortepianu swojej koleżanki - Wiktorii.
Ona w tym śnie była chyba w piątej klasie, a w realu ma teraz 23 lata.
Ona grała tak super w tym śnie, że ja aż byłam w szoku i pani Lidia, która mnie również w realu uczyła fortepianu, też była w szoku, że ona się tak przygotowała.
Ja początkowo byłam w tej sali i słuchałam, jak ona gra, ale potem wyszłam na korytarz, do szatni (ta sala znajdowała się na dole).
Tam jednak słyszałam ten komentarz pani Lidii co do gry koleżanki.
Potem śniło mi się, że wyszłam z tego przedszkola i spacerowałam po lesie z jakimś mężczyzną.
Bałam się, że on mnie porwie i mi coś zrobi, ale nic takiego się nie stało. Był dla mnie bardzo miły.
Zrobiło się chłodno i zaczęło padać, więc postanowiliśmy wrócić, a ja poczułam wtedy ulgę, że mnie nie skrzywdzi.
No i wróciliśmy do tego przedszkola.
Potem śniło mi się, że właśnie z całą szkołą muzyczną gdzieś jechaliśmy jakimś autokarem.
Bałam się, bo w pewnym momencie kierowca zaczął szybko jechać. Pomyślałam wtedy - ,Co za idiota! Chce nas pozabijać? /)".
Zaczęłam szukać jakiegoś pasa bezpieczeństwa i, na szczęście, znalazłam go, ale, gdy go zapięłam, kierowca zaczął zwalniać.
Potem śniło mi się, że schudłam.
Powiedziałam to babci, a ona na to, że za mało jem.
Zaczęłam płakać i krzyczeć, że to nieprawda i się kłóciłyśmy.
Rano przed wybudzeniem śniło mi się natomiast, że jadłam sernik wiedeński.
Oba sny, zarówno ten, gdzie kłóciłam się z babcią, jak i ten z sernikiem, były bardzo realne.
Po tym śnie z babcią obudziłam się i poczułam ulgę, że to tylko sen, a przy tym z sernikiem było mi szkoda, że to mi się tylko śniło, bo był naprawdę pyszny .
I tak oto wyglądają moje sny.
 

 
Oczywiście przyjechałam do domu bardzo podniecona, że ktoś zaczął traktować mnie poważnie.
Problemem było tylko to, żeby wyeliminować z diety gluten i mlek, no i cukier, a ja wtedy chciałam jak najszybciej wyzdrowieć, więc chciałam odciąć te produkty radykalnie.
Początkowo naprawdę był problem z tym, co mogę jeść, z pieczeniem chleba - te chleby, co mama próbowała piec nie były za smaczne, te ze sklepu tym bardziej.
W rezultacie wytrzymałam rok bez chleba i bez mleka, no i bez cukru.
Początkowo, przez pierwszy miesiąc, bardzo mi się poprawiło psychiczne samopoczucie, przybyło mi energii. W tym też okresie zaczęłam wykazywać inicjatywę, żeby się usamodzielnić - nauczyłam się wtedy korzystania z allegro, z kąta bankowego, podejmowałam też próby samodzielnego poruszania się, ale po paru miesiącach znów kondycja zaczęła mi siadać.
Poza tym z trawieniem chyba i tak wtedy było nienajlepiej, bo dolegliwości gastryczne niestety miałam, wskótek zmiany diety i to bardzo radykalnej, zaczęłam też spadać z wagi.
Oddzielną sprawą były okresy, że miałam ciągle stany podgorączkowe i, że czułam się, jak na grypę.
Później okazało się, że to były różnego rodzaju ogniska infekcyjne w ciele (borelia, hlamydia, różnego rodzaju wirusy), ale wtedy tego nie wiedziałam.
No i wyobraźcie sobie, że właśnie wtedy musiałam przygotowywać się do dyplomu, a czułam się różnie.
Podczas tego okresu wspomagałam się kroplówkami z glukozą (podawała mi je mamy koleżanka). Nie wiem, co by wtedy było, gdybym nie dostawała tych kroplówek. Pamiętam, że, jak jeździłam na lekcje z harmonii, to miałam wenflon w ręce. Ot, taka pamiiątka z tamtych czasów, takie moje wspomnienie .

Test nietolerancji pokarmowej i badanie mikroflory jelit
Jeszcze w tym okresie kontaktowałam się z panią z revitum.
Stwierdziła wreszcie z moich objawów, że trzeba zrobić test na nietolerancję pokarmową i badanie mikroflory jelit. Badania były robione w Poznaniu, gdzie dostałam wytyczne, jakie preparaty zakupić do terapii mikrobiologicznej.
Nie polecam jednak tego, bo na mnie to nie zadziałało w ogóle.
A z testu na nietolerancję wyszło mi, że mam nietolerancję pokarmową na 33 produkty, ale to też niewiele dało, że je wyeliminowałam, a naprawdę sumiennie tego przestrzegałam. To nie była po prostu ta przyczyna, tylko nietolerancja była objawem głębszych problemów zdrowotnych, ale wtedy nie miałam pojęcia, że tak głębokich.
Z perspektywy czasu wiem, że moja dieta była marna, bo co z tego, że bezglutenowa, czy bezmleczna, czy też bezcukrowa, czy jakakolwiek inna, ale nie było w niej koncentracji składników odżywczych.
Oczywiście o wcześniejszej diecie nie wspomnę, bo całe życie jadłam tak, jak wszyscy, czyli marnie /.
I, jeśli dalej bym tak jadła, to niemożliwe byłoby dalsze moje leczenie.
  • awatar zjawisko dyfuzjii: oj wspolczuje ci:( masz duzo gorzej, ale moze pocieszy cie fakt, ze tez mam duzo nietolerancji, uczulen, wszystkie etykiety musze czytac, nie moge jesc na miescie, ciagle musze uwazac i chodzić z adreanliną, tak samo - srednio 4 razy w miesiacu mam grype:( ale dobrze, ze mimo tych kroplowek zylas choc troche normalnie - te lekcje z harmonii itp.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Otóż śniło mi się wczoraj, że rozmawiałam z kimś o Jezusie i Bruno Groeningu. Dowodziłam, że Bruno jest lepszym uzdrowicielem od Jezusa, bo działał większe cuda.
Potem było pokazane, że oglądałam film ,Cudowny apostoł" o Bruno Groeningu.
Bruno Groening był człowiekiem, który uzdrawiał ludzi na drodze duchowej w latach 50-tych XX w.
W tym śnie było też pokazane, że coś miałam z nim wspólnego, jednak nie pamiętam, o co dokładnie chodziło.
Podczas tego snu czułam wielką radość i spokój i oczywiście jego obecność.
Kto wiem... może będę w Kole albo po prostu, doznam wreszcie upragnionego uzdrowienia... W każdym bądź razie coś pozytywnego może się stać.
Potem śniło mi się, że szłam sama po swoim osieqlu, po zielonej trawie.
Nagle zobaczyłam, a raczej usłyszałam jakichś chłopaków, którzy ze sobą rozmawiali.
Zaczęłam dotykać rękami tej trawy.
Chłopaki zwrócili mi uwagę, żebym jej nie dotykała, bo pobrudziłam się kupą.
Patrzę - i rzeczywiście, ręce miałam całe umazane.
Strzepnęłam więc tyle kupy, ile mogłam, ale niebardzo się dało.
I dalej już nie pamiętam swoich snów.
A oto link do filmu:
Warto ten film obejrzeć. Ja się zawsze po nim wzruszam.
A oto pozostałe linki o Bruno Groeningu:https://pl.wikipedia.org/wiki/Bruno_Gr%C3%B6ning
https://www.bruno-groening.org/pl/bruno-groening/nauka-bruno-groeninga/nauka-bruno-groeninga
 

 
Czytałam o 14.20, a raczej miałam czytać o tej godzinie, ale w rezultacie czytałyśmy z panią Renatą o wpół do czwartej, tak mniej więcej.
Oczywiście przyjechałam z mamą wcześniej.


Nie czułam się najlepiej, bo ze mną w ciągu dnia jest bardzo różnie.
Zareagowałam chyba negatywnie na mamy perfumy i papierosy i poczułam się zmęczona.
Właśnie odkryłam niedawno, że to zaburza mi percepcję otoczenia.
Tak więc nie było do końca fajnie z tego powodu i musiałam się bardzo skupiać, żeby wiedzieć, co się dzieje.
Mimo tego posłuchałam sobie trochę moją ulubioną sztukę .
Nadeszła wreszcie chwila naszego czytania.
Poszło ono bardzo dobrze, ale ja się zmęczyłam, bo, jak Marjusz (ja go znam, bo miałam z nim do czynienia jeszcze przed studiami, kiedy to przygotowywałam się do egzaminów na Akademię Muzyczną ze śpiewu), trzymał mi mikrofon, czułam się trochę spięta, bo bałam się, że zahaczę o niego ręką i będzie to słychać i bolał mnie kręgosłup. Niewygodnie mi się z tego powodu czytało.
Mimo wszystko jestem zadowolona, że wzięłam udział w tym wydarzeniu. Sama tego chciałam i nie żałuję, a, jak sama będę sobie regulować swój tryb życia, to wszystko będzie ok. .
Kiedyś nie miałam takiej możliwości, bo myślałam, że inni wiedzą, co jest dla mnie najlepsze i to w dużej mierze przyczyniło się też do ostatecznego pogorszenia mojego stanu zdrowia /.
Muszę nauczyć się żyć od nowa, aby powoli, małymi krokami dążyć do tego, żeby prowadzić normalne życie i cieszyć się z tego.
 

 
Wczoraj brałam udział w tym wydarzeniu u nas w Płocku.
Czytałam z ramienia StowarzyszeniaPracy dla Niepełnosprawnych ,De Facto".
Czytałam z panią prezes tego stowarzyszenia - Renatą Nych.
Pani Renata była Balladyną, ja - wdową.
Lubię tego typu wydarzenia, ponieważ po pierwsze - gustuję w literaturze pięknej, a po drugie - sama uwielbiam czytać , więc, jak tylko mogę, zawsze się zgadzam na tego typu przedsięwzięcia.
A poza tym, jest to zawsze jakaś odskocznia.

Zawsze jednak, czy to, kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, czy, jak byłam na uczelni, czy w ogóle w obcym miejscu, było to dla mnie dużym stresem, a zaczęło się to w okresie dojrzewania /.
Wiązało się zawsze to z napięciem, związanym z ogarnianiem, co się wokół mnie dzieje, zaczęło mnie to zwyczajnie męczyć i, po krótkim czasie już byłam ,wypluta" i zwyczajnie przeciążona bodźcami.
Z perspektywy czasu myślę, że jest to związane z moim stanem zdrowia i z niewidzeniem.
Oczywiście były też momenty, że wszystko właściwie odbierałam normalnie, bez zmęczenia, ale najczęściej moja percepcja była właśnie taka, jak powyżej.
Gdyby nie to, wspominałabym to wydarzenie bardzo pozytywnie.



A tutaj link do posłuchania :
 

 
Słyszałam niejednokrotnie o diagnostyce całego organizmu, czyli o biorezonansie, więc weszłam w Internet i zaczęłam czytać i szukać ośrodków, w których robiliby takie badania.
Pierwsze, co mi wyskoczyło w googlach, było centrum diagnostyki organizmu Revitum w Warszawie.
Oczywiście wszystko sobie poczytałam o tej metodzie, łącznie z opiniami, do których podeszłam wtedy (a był to rok 2014), bardzo sceptycznie, bo przecież każda taka firma będzie dążyła do tego, żeby określić siebie w samych superlatywach, ale nie miałam nic do stracenia, bo już i tak moje zdrowie zostało baaardzo nadwyrężone, delikatnie mówiąc.
Chciałam więc spróbować umówić się na wizytę i zobaczyć, co z tego wyniknie.
Na wizytę umówiła mnie wtedy babcia, no i 9 września pojechaliśmy do Warszawy.
Wtedy ledwie żyłam i, powiem szczerze, że obawiałam się tej wizyty, bo nie wiedziałam, co mnie czeka. Teoretycznie oczywiście wiedziałam, bo wszystko miałam obczytane, ale w praktyce, jeśli człowiek ma do czynienia z ,nowościami", to się ich po prostu boi.
Poza tym bałam się też, czy nie będą to wydane pieniądze na marne, czy w ogóle tam mi pomogą.
Trafiłam jednak na bardzo fajną panią, która, oczywiście zrobiła mi wspomniane wyżej badanie i wszystko dokładnie wytłumaczyła, co dalej.
Sama wizyta trwała 45 min. łącznie z badaniem, konsultacją.
W badaniu wyszło mi wiele obciążeń, m.in. dużo metali ciężkich, pasożyty, duża alergia, nietolerancja glutenu i kazeiny, dużo grzybów w jelitach - wszystko, co możliwe.
W tym miejscu pragnę wytłumaczyć sceptykom, którzy uważają, że wszystkim to wychodzi, że, oczywiście, jest to prawda, bo my przecież jesteśmy wszyscy narażeni na różnego rodzaju toksyny i nie jest to dla nas niestety obojętne, ale różni ludzie, w różnym czasie i z różnym nasileniem, reagują na tego rodzaju obciążenia, więc trudno powiedzieć, u kogo i kiedy i jaką chorobę one spowodują i, w jakim czasie to się stanie.
Trzeba brać też pod uwagę indywidualne predyspozycje każdego człowieka do określonych chorób, każdy ma indywidualny próg wrażliwości na dane obciążenia.
Nasze organizmy do pewnego momentu rekompensują sobie nasze błędy i obojętnie, czy to są toksyny, czy zła dieta, czy cokolwiek innego.
Przecież organizm musi za wszelką cenę utrzymać nas przy życiu, on nigdy nie działa przeciwko nam.
Wracając zaś do wizyty, to, oczywiście musiałam wykluczyć gluten, mleko i cukier ze swojej diety i dostałam też różne suplementy m.in. sok z aloesu i już nie pamiętam, co jeszcze.
Wiem tylko, że były to też jakieś witaminy, aaaa i jeszcze młody jęczmień.
Niestety ta wizyta wtedy nie wystarczyła i trzeba było dalej drążyć temat, ale o tym później napiszę w kolejnych wpisach.
Dostałam też zalecenia, żeby jeść orzechy, a na zaparcia, które wtedy miałam, miałam zalecone zmielony słonecznik wraz z siemieniem lnianym, ale tego potem nie tolerowałam.
Pod koniec wspomnianej wizyty pani dała mi swój telefon, żeby, w razie czego, dzwonić do niej, z czego potem skorzystałam.
Z perspektywy czasu wiem, że ten aparat był bardzo prymitywny i pokazywał ogólnie obciążenia, a nie to, jaki konkretnie jest problem i gdzie jest umiejscowiony.
Nawiasem mówiąc, to ta pani była zdziwiona, że wyszły mi wszystkie obciążenia, jakie były możliwe i, że tyle narządów nie funkcjonuje prawidłowo (właściwie wszystko było wtedy zaburzone).

Słyszałam niejednokrotnie o diagnostyce całego organizmu, czyli o biorezonansie, więc weszłam w Internet i zaczęłam czytać i szukać ośrodków, w których robiliby takie badania.
Pierwsze, co mi wyskoczyło w googlach, było centrum diagnostyki organizmu Revitum w Warszawie.
Oczywiście wszystko sobie poczytałam o tej metodzie, łącznie z opiniami, do których podeszłam wtedy (a był to rok 2014), bardzo sceptycznie, bo przecież każda taka firma będzie dążyła do tego, żeby określić siebie w samych superlatywach, ale nie miałam nic do stracenia, bo już i tak moje zdrowie zostało baaardzo nadwyrężone, delikatnie mówiąc.
Chciałam więc spróbować umówić się na wizytę i zobaczyć, co z tego wyniknie.
Na wizytę umówiła mnie wtedy babcia, no i 9 września pojechaliśmy do Warszawy.
Wtedy ledwie żyłam i, powiem szczerze, że obawiałam się tej wizyty, bo nie wiedziałam, co mnie czeka. Teoretycznie oczywiście wiedziałam, bo wszystko miałam obczytane, ale w praktyce, jeśli człowiek ma do czynienia z ,nowościami", to się ich po prostu boi.
Poza tym bałam się też, czy nie będą to wydane pieniądze na marne, czy w ogóle tam mi pomogą.
Trafiłam jednak na bardzo fajną panią, która, oczywiście zrobiła mi wspomniane wyżej badanie i wszystko dokładnie wytłumaczyła, co dalej.
Sama wizyta trwała 45 min. łącznie z badaniem, konsultacją.
W badaniu wyszło mi wiele obciążeń, m.in. dużo metali ciężkich, pasożyty, duża alergia, nietolerancja glutenu i kazeiny, dużo grzybów w jelitach - wszystko, co możliwe.
W tym miejscu pragnę wytłumaczyć sceptykom, którzy uważają, że wszystkim to wychodzi, że, oczywiście, jest to prawda, bo my przecież jesteśmy wszyscy narażeni na różnego rodzaju toksyny i nie jest to dla nas niestety obojętne, ale różni ludzie, w różnym czasie i z różnym nasileniem, reagują na tego rodzaju obciążenia, więc trudno powiedzieć, u kogo i kiedy i jaką chorobę one spowodują i, w jakim czasie to się stanie.
Trzeba brać też pod uwagę indywidualne predyspozycje każdego człowieka do określonych chorób, każdy ma indywidualny próg wrażliwości na dane obciążenia.
Nasze organizmy do pewnego momentu rekompensują sobie nasze błędy i obojętnie, czy to są toksyny, czy zła dieta, czy cokolwiek innego.
Przecież organizm musi za wszelką cenę utrzymać nas przy życiu, on nigdy nie działa przeciwko nam.
Wracając zaś do wizyty, to, oczywiście musiałam wykluczyć gluten, mleko i cukier ze swojej diety i dostałam też różne suplementy m.in. sok z aloesu i już nie pamiętam, co jeszcze.
Wiem tylko, że były to też jakieś witaminy, aaaa i jeszcze młody jęczmień.
Niestety ta wizyta wtedy nie wystarczyła i trzeba było dalej drążyć temat, ale o tym później napiszę w kolejnych wpisach.
Dostałam też zalecenia, żeby jeść orzechy, a na zaparcia, które wtedy miałam, miałam zalecone zmielony słonecznik wraz z siemieniem lnianym, ale tego potem nie tolerowałam.
Pod koniec wspomnianej wizyty pani dała mi swój telefon, żeby, w razie czego, dzwonić do niej, z czego potem skorzystałam.
Z perspektywy czasu wiem, że ten aparat był bardzo prymitywny i pokazywał ogólnie obciążenia, a nie to, jaki konkretnie jest problem i gdzie jest umiejscowiony.
Nawiasem mówiąc, to ta pani była zdziwiona, że wyszły mi wszystkie obciążenia, jakie były możliwe i, że tyle narządów nie funkcjonuje prawidłowo (właściwie wszystko było wtedy zaburzone).
I na tym na razie kończę, a potem napiszę, jak dalej wyglądała sytuacja z dietą i z moim dalszym samopoczuciem, bo wcale nie było tak prosto i nadal nie jest, ale o tym napiszę dalej. Nie chcę zanadto wyprzedzać faktów, bo chcę nadać trochę pikanterii mojej relacji .
  • awatar Gość: jakiej znowu pikanterii? zupę robisz?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
To kolejny argument, że ,łamię własne zasady", bo miałam jeszcze nie pisać o diecie optymalnej, ale muszę to zrobić.
Chodzi mianowicie o to, co dzisiaj jadłam i jeszcze będę jeść na swoje urodziny.
Właśnie z okazji urodzin postanowiłam o tym napisać, tak na pamiątkę, bo bardzo lubię jeść mimo, że jestem bardzo chuda, ale miejmy nadzieję, że to się wreszcie zmieni.
Otóż na śniadanie jadłam kawałek tortu (200 g.).
Całość była zrobiona z 12 jaj, 2 szklanki mąki i na erytrytolu.
Masa była zrobiona z kostki masła i 5 żółtek z chi cafe bio doktora Jacobsa i również z erytrytolem.

https://sklep.drjacobs.pl/pl/p/Chi-Cafe-bio-400g/226
Do tego piłam tą samą kawę z 2 dobrymi łyżeczkami masła z łyżeczką erytrytolu.
Kawę spieniłam ręcznym spieniaczem, który kupiłam na allegro.

https://allegro.pl/oferta/spieniacz-ubijak-mleka-400ml-stalowy-indukcja-9196953749?snapshot=MjAyMC0wNS0xMVQxMzowOTo1NS40MDJaO2J1eWVyOzlkZjQ4MGYzMDE4YTc5MDgwMzJlNGFhMjUxNDRiNDBhNWQxYmQyMzdhMDk1MGRiYmI1NTQ3NjM1YjgzMTk2ZTI%3D
Śniadanie było jedzone o 9.00.
O 14.00 jadłam rosół z dwoma żółtkami.
O 17.00 albo i później zjem sobie kurczaka z rosołu gotowanego (100 g.) z 2 ziemniakami, roztartymi z łyżeczką masła i z buraczkami, smażonymi z cebulką na 20 g. smalcu.
Aaa i jeszcze zapomniałam, że zjadłam garść poziomek.
 

 
Łamię własne zasady, gdyż dzisiaj miałam nie popełniać żadnych wpisów, ale mam teraz taką potrzebę.
 

 
Dziś są moje urodziny.
To już 29 lat, jak jestem na tym świecie...
Aż 29 i tylko 29.
Zależy, jak na to się patrzy - aż 29 dlatego, że to przecież szmat czasu, a tylko 29 dlatego, że człowiek nieraz uważa, że mało zrobił w swoim życiu, że życie jest wciąż za krótkie.
Nigdy jednak nie będzie tak, że człowiek zrobi wszystko, zawsze będzie czegoś brakować.
$29 lat jest też szmatem czasu dlatego, że dużo się wydarzyło przez te 29 lat - zdobyłam kupę doświadczenia życiowego np. w postaci tego, jak dbać o własne zdrowie, jak w ogóle żyć, będąc niewidomą, czy chorą, przeżyłam wiele chwil radosnych i tych smutnych...
Jedyne, czego sobie dzisiaj życzę, to po pierwsze - zdrowia, po drugie - żeby doświadczenie choroby i niepełnosprawności przemieniło się w coś pozytywnego, coś, czym będę mogła dzielić się z innymi.
Niech ta choroba pozwoli mi być samodzielną mimo, że wcześniej odebrała mi niezależność, asertywność, radość życia, odebrała mi możność realizacji własnych celów.
Niech to wszystko się przemieni w dobro i posłuży zarówno mnie, jak i innym. Amen!
Dziś są moje urodziny.
To już 29 lat, jak jestem na tym świecie...
Aż 29 i tylko 29.
Zależy, jak na to się patrzy - aż 29 dlatego, że to przecież szmat czasu, a tylko 29 dlatego, że człowiek nieraz uważa, że mało zrobił w swoim życiu, że życie jest wciąż za krótkie.
Nigdy jednak nie będzie tak, że człowiek zrobi wszystko, zawsze będzie czegoś brakować.
$29 lat jest też szmatem czasu dlatego, że dużo się wydarzyło przez te 29 lat - zdobyłam kupę doświadczenia życiowego np. w postaci tego, jak dbać o własne zdrowie, jak w ogóle żyć, będąc niewidomą, czy chorą, przeżyłam wiele chwil radosnych i tych smutnych...
Jedyne, czego sobie dzisiaj życzę, to po pierwsze - zdrowia, po drugie - żeby doświadczenie choroby i niepełnosprawności przemieniło się w coś pozytywnego, coś, czym będę mogła dzielić się z innymi.
Niech ta choroba pozwoli mi być samodzielną mimo, że wcześniej odebrała mi niezależność, asertywność, radość życia, odebrała mi możność realizacji własnych celów.
Niech to wszystko się przemieni w dobro i posłuży zarówno mnie, jak i innym. Amen!
 

 
Wspominałam też tam wcześniej, że podejrzewałam u siebie budzenie kundalini.
Teraz wyrobiłam sobie na ten temat pewno opinię - wtedy, kiedy pisałam tego bloga, rzeczywiście budziła mi się energia, ale to tylko dlatego, że wszyscy podnosimy swoje wibracje, bo ziemia je podnosi.
Ja swoje wibracje już dawno musiałam podnieść i to dużo szybciej, bo choroba mnie do tego zmusiła i nadal zmusza - podnosi moją świadomość.
Te objawy, które wtedy miałam związane były jednak z chorobą, bo u mnie cała energetyka była wtedy do kitu i nadal jest, ale się powoli poprawia.
Podsumowując - tak jak wszyscy na tej planecie, tak i ja doświadczam duchowego przebudzenia, ale nie jest to masywne przebudzenie kundalini, co bardzo mnie cieszy.
 

 
Po studiach zapadłam już totalnie na zdrowiu, ale wcześniej też chorowałam.
Prawdę mówiąc, to od urodzenia byłam chora.
Ci, co czytali wcześniej mojego bloga wiedzą, że jestem wcześniakiem, że mam retinopatię wcześniaczą i z tego powodu nie widzę, że łapałam ciągłe infekcje, że miałam 5 operacji, w tym ostatnia, w liceum z powodu wady wrodzonej (zawinięcie trzustki wokół dwónastnicy).
Otóż, wracając do meritum, jak już wcześniej mówiłam, totalnie się rozłożyłam po studiach - zaczęłam z powrotem tracić wagę, choć wcześniej też wiele nie ważyłam, po przy wzroście 160 cm., miałam maksymalnie 43 kg.
Tylko od klasy I. do II gimnazjum ważyłam 50-52 kg, a tak praktycznie zawsze byłam za chuda.
Poza tym, już po studiach totalnie rozłożyłam się, cały czas leżałam w łóżku, bo nie miałam na nic siły i odczuwałam dolegliwości gastryczne (zaparcia, zgagi, nudności, uczucie przelewania w brzuchu, bóle w prawym podżebrzu, wzdęcia, w ogóle też bóle całego brzucha).
W nocy często się wybudzałam między godz. 1.00, a 3.00 albo bardzo źle sypiałam, bardzo niespokojnie.
Przez całe życie, jak i potem po studiach, miałam stany lękowe, stany depresyjne, byłam bardzo nerwowa, wręcz nadwrażliwa emocjonalnie.
Można to przeczytać we wcześniejszych moich wpisach, jaki miałam stan.
Prawdę mówiąc, jeszcze teraz też mam takie momenty, ale jest to najczęściej związane albo z nietolerancjami jakiegoś pokarmu, z zatruciami chemią (mam nadwrażliwość na substancje chemiczne), złymi reakcjami na dodatki do żywności, z różnymi infekcjami itd.
Powiem szczerze, że nigdy bym nie pomyślała, że w jednym człowieku może być tyle różnych chorób i toksyn i, że tyle jest w stanie wytrzymać i to przez tyle lat.
Otóż, jak po studiach już totalnie zapadłam na zdrowiu, to najpierw mama z babcią zadecydowały, że zrobią mi prywatnie rezonans magnetyczny brzucha, czy jest wszystko ok. po operacji, którą miałam w liceum.
Tam nic takiego nie wyszło, tylko stan zapalny jelit, cysta na wątrobie 4 mm., no i oczywiście ta trzustka obrączkowata, że miałam operację.
Co się działo dalej, napiszę niedługo.
 

 
Chciałam dodać nagranie z mojego dyplomu, ale niestety plik jest za duży (musi mieć maks 200 mb, a mój dyplom ma 1,9 mb.).
Będę musiała inaczej się do tego zabrać - albo go pociąć, albo wstawić na youtube i przesłać link, a to się wiąże z dłuższym posiedzeniem nad tym.
Ta pierwsza opcja jest gorsza, bo nigdy nie cięłam filmów i nie jestem pewna, czy podołam - mam system windows-10 w swoim kompie.
Zobaczymy. Wszystko na spokojnie. Coś się wymyśli.
Langzam.
 

 
Tylko pierwsze 2 egzaminy w Łodzi odbyły się bez problemu i zdałam je również bez problemu (kształcenie słuchu i harmonia). Odbyły się również formy muzyczne, ale ten przedmiot musiałam poprawiać, bo zdałam na 2, a sądzę, że na dwójkę nie zasłużyłam, tylko na trójkę, jeśli już.
Niestety zdarzyło się tak, że bardzo dużo rzeczy pozapominałam, bo byłam bardzo zmęczona po jedzeniu.
Myślę jednak, że, jak by mi ta pani podpowiedziała, czy nakierowała, to by mi się przypomniało.
To była bardzo nieprzyjazna osoba, babcia mówiła, że sprawiała wrażenie bardzo zadufanej w sobie.
Mnie było tak przykro, jak stamtąd wychodziłam, bo naprawdę się napracowałam, a tu tylko dopuszczający, ale tak nieraz w życiu bywa.
Reszta egzaminów się nie odbyła i myślę, że, jeśli już by się odbyły, to na ostatnią chwilę, a ja bym pewnie oblała albo zdała bardzo marnie z powodu zmęczenia, więc przeniosłam się do innej, prywatnej szkoły.
Tę szkołę w Białymstoku prowadzili znajomi pani Lidii, o której wspomniałam.
Tam dokończyłam dyplom z bardzo dobrymi ocenami i poprawiłam te nieszczęsne formy, a zdawałam wszystko na miejscu w Płocku, bo oni przyjeżdżali mnie egzaminować.
Pani Lidia załatwiła mi również wspomniane wcześniej lekcje z profesorem M. (Nie chcę tu pisać jego nazwiska, bo nie jestem pewna, czy by sobie tego życzył).
Początkowo, a było to w r. 2015-2016, gdy jeździłam tylko na konsultacje do tego pana, a nie na lekcje, żeby mnie przesłuchał, byłam przerażona jazdami, że będę musiała znowu jeździć raz w tygodniu na lekcje, a nie czułam się najlepiej.
Bałam się też, bo ten profesor uczył syna pani Lidii, który w 2016 r. zdawał również dyplom w Białymstoku, a pan profesor zwracał się do Marcina, jak do studenta, a ja myślałam, że nie porozumiem się z tym człowiekiem.
Wszystko jednak potoczyło się fajnie, bo jeździłam raz na 2 tygodnie, czasami rzadziej.
Poza tym był to bardzo konkretny człowiek.
To dzięki niemu nauczyłam się grać poprawnie (on powiedział mi, że, jak chcę, to mogę grać płaskimi palcami, a wszyscy inni nauczyciele wymagają innego grania - palcami zaokrąglonymi).
Dzięki temu zniknęło u mnie dużo barier technicznych, zaczęłam grać szybciej, ładniejszym, bardziej wyrównanym dźwiękiem i było mi po prostu wygodniej.
Nie zrozumcie mnie źle - ja nie gram tylko płasko, ale ustawiam rękę tak, jak aktualnie potrzebuję.
No i wreszcie zdałam dyplom w Płocku, w domu Darmstadt, zaprosiło się wiele ludzi (chyba ponad stówa była) i ja mam nagranie z tego wydarzenia, które postaram się przesłać w swoim czasie na bloga, jeśli się uda.
 

 
Pod koniec roku szkolnego pojechaliśmy z mamą i babcią do szkoły muzycznej w Łodzi, gdzie wcześniej uczęszczałam na zajęcia, żeby załatwić zdawanie egzaminów eksternistycznych.
Na miejscu okazało się, że mam na ich zdanie 3 lata.
Egzaminy wyglądały w taki sposób, że otrzymywałam na maila materiały, które musiałam opanować z konkretnych przedmiotów i potem umawialiśmy się na konkretny termin.
Jak już wcześniej mówiłam, nie wszystkie egzaminy tam zdałam.
Właśnie przez te problemy z egzaminami zdecydowałam się przenieść do Białegostoku.
Jeśli chodzi o przygotowanie do egzaminów, to do kształcenia słuchu, form muzyczny.ch i harmonii, przygotowywali mnie nauczyciele w ze szkoły muzycznej w Płocku, z fortepianu początkowo przygotowywała mnie nasza znajoma pani, która uczyła mnie wcześniej grania w prywatnej szkole muzycznej I. stopnia, ale to właśnie ona ,oddała" mnie w ręce pewnego profesora, bardzo dobrego pianisty, do którego uczęszczałam co 2 tygodnie w ostatnim roku przed dyplomem (dojeżdżałam do Warszawy, a wspomniana wyżej pani była tak dobra, że finansowała mi u niego lekcje); historię muzyki uczyłam się sama.
 

 
Och, jak znowu pragnę przelewać swe myśli na papier, dzielić się nimi z ludźmi!
Jak pragnę zostawić cząstkę siebie dla innych...
Pragnę dzielić się swoim doświadczeniem z innymi ludźmi, pragnę oddać cząstkę siebie dla nich poprzez słowo...
Jaki to cenny dar - mowa!
My nie zdajemy sobie z tego sprawy...
Używamy jej źle, raniąc innych...
A przecież można wykorzystać Słowo w inny sposób - w jaki - domyślcie się sami i dopowiedzcie sobie to.
Nie myślałam, że znowu będę pisać, bo. zdania nie byłam w stanie już sklecić, a to zaczęło się już na 999. roku studiów.
Jaka to radość po tak długim czasie móc to znów robić nawet, jeśli będzie to trwało moment i zdarzą się gorsze dni...
 

 
Gwoli przypomnienia - w 2014 r. obroniłam pracę licencjacką na kierunku pedagogika opiekuńczo-wychowawcza z arteterapią i miałam potem rozpocząć przygotowania do dyplomu w szkole muzycznej II stopnia.
Miałam na to 3 lata, bo pełną edukację ukończyłam w sumie na 3. klasie.
Do szkoły muzycznej chodziłam również przez 1 semestr IV klasy, ale był on nie zaliczony, bo nie przystąpiłam do egzaminu z powodu złego stanu zdrowia, więc liczyło się, że 3 lata miałam skończone.
Dyplom miałam zdawać w Łodzi eksternistycznie.
W rezultacie tylko 3 egzaminy tam zdawałam (kształcenie słuchu, formy muzyczne i harmonię), bo jakoś zawsze z innymi egzaminami zwlekali.
Wreszcie w ostatnim roku (2016-2017), przeniosłam się do prywatnej szkoły muzycznej w Białymstoku i tam kończyłam dyplom, ale o tym szerzej później.
Równolegle posypało mi się zdrowie - po studiach byłam zupełnie do niczego, miałam duże problemy z jelitami, nie miałam na nic siły i chudłam.
Wtedy to też rozpoczął się wątek z medycyną naturalną, dietami, m.in. bezglutenową, bezmleczną, bezcukrową itd.
Szczerze mówiąc, dużo tego było i nadal jest.
W ogóle dużo tu mam do opisywania różnych wątków z mojego życia. Nie starczy ich na 1 wpis, a tyle pragnę napisać, bo bardzo dużo mam do powiedzenia.

Nabrałam bardzo dużego doświadczenia życiowego w ciągu tych 6 lat.
Bardzo dużo się działo i dzieję.
 

 
Bardzo się zmieniłam i wszystko u mnie też się zmieniło.
Przecież minęło aż 6 lat, odkąd pisałam na tym blogu.
Po skończonych studiach dalej zmagałam się z chorobą, w międzyczasie zdałam dyplom z fortepianu, a potem, co trwa obecnie już chyba ponad 3 lata - choroba ostatecznie wyłączyła mnie z dalszego funkcjonowania. Teraz zajmuję się tylko leczeniem, bo inaczej się nie da, o czym będzie dalej.
Ale moje życie nie kręci się tylko wokół choroby., pomimo, że ona zajmuje w nim właściwie centralne miejsce.
Muszę się pochwalić, że uczę się gotować i to z powodzeniem, jestem na diecie optymalnej - tak naprawdę to od 3 miesięcy, chociaż jeszcze wcześniej też próbowałam.
Obecnie też zmagam się z tym, żeby być bardziej asertywną, bo tego mi zawsze brakowało, ale jest teraz lepiej.
Zajmuję się równ.ież babcią, bo ona też choruje. Szczerze mówiąc, to obie się wspieramy.
Tak w dużym skrócie wyglądało moje 6 lat.
  • awatar pajabier4444: Naprawdę super. Zmieniła mi się osobowość - nie jestem taka strachliwa, jak kiedyś, lepiej myślę i w ogóle mogę się teraz dopiero leczyć, a wcześniej nie było jak, bo widocznie organizm nie miał siły. I jem 2 razy dziennie i głodna nie chodzę.
  • awatar Gość: Jak tam na DO?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›